Cały ten rozwój: obsesja postępu, pokusa porażki

TU (1)

Cały ten rozwój: obsesja postępu, pokusa porażki

Hans Brinken Budget Hotel w Amsterdamie to miejsce, które nie aspiruje. Gości od progu wita się tu obietnicą najgorszego. Wbrew temu, co podpowiada logika, właściciele nie narzekają na brak zainteresowania. Tłumy turystów testują na własnej skórze znaczenie słowa “nieprzyjemny” płacąc za nocleg najgorszemu hotelowi w okolicy.

Gdyby pozwolić sobie na bezrefleksyjne przyjmowanie rzeczywistości, można by potraktować ten przypadek jak fenomen, który z czasem zwyczajnie wyczerpie swój potencjał lub zostanie wyparty przez inny ciekawy absurd. Zostaliśmy jednak obdarzeni umiejętnością łączenia faktów w sensowne ciągi: by tworzyć nowe idee, przesuwać granice, czerpać korzyści z posiadania pełniejszej świadomości, której zdobywanie można by określić poręcznym, angielskim zwrotem: ‘see the bigger picture’. By się rozwijać.

No właśnie: rozwój. Słowo, które towarzyszy nam przecież od momentu poczęcia i które będziemy odmieniać przez przypadki na każdym etapie dorosłego życia, dopóki nie zadamy sobie pytania: a co to właściwie znaczy? Jeśli tego nie zrobimy, bardzo prawdopodobne, że w reakcji obronnej na wszechobecną (i nieobjaśnioną) obsesję postępu, uciekniemy na drugi biegun, ‘do najgorszego hotelu w okolicy’: tam, gdzie w najlepsze odbywa się festiwal przegrywania. I całkiem możliwe, że wyjdzie nam to na dobre.

Moda (?) na gorszość

Mówienie o festiwalu nie jest przesadą, jeśli weźmiemy pod uwagę skalę zjawiska oraz jego wpływ na nasze funkcjonowanie w świecie. Z jakiegoś powodu powstają rankingi najgorszych filmów i książek (które, notabene, koniecznie trzeba obejrzeć i przeczytać!) zawłaszczając naszą uwagę skuteczniej, niż zestawienia tego, co w jakiejś dziedzinie najlepsze. Istnieje powód, dla którego komiks z “Bohaterem”, który niebohatersko przegrywa w starciu z codziennym życiem, zyskuje sobie 70-tysięczne grono fanów, mówiących otwarcie: “mamy tak samo”! Silna grupa pod wezwaniem facebookowych nieperfekcyjnych pań domu dochodzi do wniosku, że nieco się dusi w atmosferze akuratności, a sarkastyczny “Magazyn Porażka” rzuca cień na mit sukcesu i robi to przy wtórze 30 tysięcy kliknięć ‘lubię to’, potwierdzających, że chcielibyśmy nieco wywietrzyć ten pokój wypełniony bezrefleksyjnym optymizmem, sprzedawanym nam przez specjalistów od samorozwoju i sukcesu.

Warto wspomnieć, że podobny zwrot, dokonujący się bardziej lub mniej świadomie, możemy obserwować w ewoluującym charakterze gier komputerowych. Coraz częściej trafiamy na produkcje, które nie tylko podważają sens istnienia tradycyjnej opozycji “wygrać-przegrać” (chociaż to ona zwykle motywowała do podjęcia trudu grania), ale przegrywanie jako takie czynią istotnym elementem rozgrywki.

Piotr Sterczewski w artykule “Ta gra i tak jest głupia”, wspomina, że w grach odnajdziemy

    mnóstwo praktyk celebrowania porażki. (…) Gry należące do gatunku (neo)roguelike opierają całą swoją konstrukcję na porażce – duża trudność, istotna rola losowości i nieodwracalność przegranej (tzw. permadeath) czynią każdą sesję gry unikalną i podnoszą jej emocjonalną stawkę, ale też częściowo zwalniają gracza z odpowiedzialności za niepowodzenie. (…) Wiele gier daje też tzw. pozytywny feedback porażki – moment przegranej może być efektowny, estetycznie atrakcyjny, jak w przypadku wielorakich śmierci bohatera w mrocznej platformówce „Limbo”. Wreszcie sami gracze często czerpią przewrotną przyjemność z czegoś uznawanego „oficjalnie” w ramach gry za porażkę – o czym doskonale wie każdy, kto wyciągnął kiedyś swojemu Simowi drabinkę z basenu.

 

Wygrana od zawsze była największą obietnicą gier a kategoria wyniku, czyli istnienia zwycięstwa lub porażki, stała się jednym z istotnych kryteriów (obok istnienia zasad), które pozwalały odróżnić grę od zabawy. Przegrana w teorii to niepożądany efekt uboczny naszych źle podjętych decyzji, coś, czego wolelibyśmy uniknąć i czemu próbujemy zapobiec. Większość gier nagradza gracza, gdy ten robi coś dobrze, budząc w nim, jak pisze Sterczewski, poczucie “uzasadnionego optymizmu”.

Wygląda jednak na to, że optymizmowi wierzymy coraz mniej. Entuzjastyczne prognozy, które roztaczają przed nami prostą, pozbawioną przeszkód wizję rozwoju, zamiast zaufania często budzą cyniczne reakcje. Wbrew teorii i na przekór logice uciekamy więc w przegrywanie. Wycofujemy się, by złapać oddech.

Koncentrowanie uwagi na porażce lub całkowite odebranie znaczenia opozycji zwycięstwo-przegrana, zmienia nie tylko znaczenie gry jako takiej, ale definiuje nas (w nieco szerszym niż jednostkowe, społecznym rozumieniu) jako ludzi coraz bardziej świadomych i krytycznych wobec świata.

 

Taki trend nie tylko mówi sporo o naszym sposobie postrzegania rzeczywistości, ale modyfikuje ponadto rozumienie pojęcia grywalizacji. Wciąż będzie ona dla nas wykorzystywaniem mechaniki gier do oddziaływania na zachowania ludzi w rzeczywistych sytuacjach, ale definicja zjawiska ulegnie rozszerzeniu. Okazuje się bowiem, że pozytywny wpływ i zaangażowanie, czyli główne cele wszelkich projektów grywalizacyjnych, mogą mieć swoje źródło w schematach negatywnych zachowań i emocji.

Bez względu na ilość przytoczonych przykładów, wrócimy w pewnym momencie do istoty problemu: czy rzeczywiście chodzi tu tylko o tymczasową modę na gorszość? Skąd w nas ta rosnąca ochota na bycie poniżej oczekiwań, na wizytę w obskurnym hotelu, na przyglądanie się wirtualnej porażce postaci, którą prowadzimy przez grę?

Laboratorium zachowań

Wyjaśnień jest wiele i każde z nich będzie ułamkiem odpowiedzi na powyższe pytanie. Dyktatura sukcesu musiała wywołać w końcu reakcję obronną, potrzebę odnalezienia wentyla bezpieczeństwa. Może jesteśmy więc na etapie odmawiania kolejnej porcji słodkiej kaszki, którą karmi się nas dla naszego dobra i szukając antidotum, sięgamy po wszystko co gorzkie? Może to zwykła, ludzka skłonność do działania na przekór? A jeśli chodzi o dobrze znaną naszym przodkom potrzebę oczyszczającego udziału w tragedii? Spektakl przegrywania (dostępny dzięki grom i kulturze), a więc porażka w wersji nie do końca serio, oswaja nas ze skutkami nieprzyjemnych sytuacji, które mogą przytrafić się nam w prawdziwym życiu.

To chyba najważniejsze spostrzeżenie, które wymaga kilku dopowiedzeń. Okazuje się bowiem, że jesteśmy skłonni przyklasnąć przegrywaniu przede wszystkim wtedy, gdy zostawimy sobie bezpieczny margines realności, do którego zawsze możemy wrócić i zadbać o to, by jednak coś nam się w życiu udało.

Po wizycie w najgorszym amsterdamskim hotelu nikt nie podejmuje przecież decyzji o tym, by na stałe przenieść się do mieszkania z widokiem na mur, a podziwianie efektownego umierania w Limbo wcale nie budzi w nas trwałej potrzeby wprowadzenia do swojego życia równie pięknych porażek. Gracze pozbawiający swoich Simów drabinki do basenu, nie są zapewne bezwzględnymi sadystami. Symulator życia pozwala im bez skutków ubocznych poznać konsekwencje działania wbrew założeniom gry, działania na niekorzyść, działania niezgodnego z logiką i filozofią postępu. Sympatia do przegrywania przypomina tzw. pokój furii (dostępny dla bardzo sfrustrowanych w kilku większych miastach w Polsce), do którego możemy udać się raz na jakiś czas, by dać upust złym emocjom.

Obawę przed porażką przenosimy więc poza granice własnego podwórka, dzięki czemu chronimy je (i siebie samych) przed skutkami lęków. Atmosfera tymczasowości pozwala nam odważniej spojrzeć na to, czego mamy dość. Oddajemy więc swoje obawy do laboratorium zachowań, z którego wracamy trochę bardziej świadomi własnych potrzeb i ograniczeń.

Lepiej okrężną drogą

Zdaje się, że czas jedynie słusznych przepisów na sukces powoli dobiega końca. Większość z nich po prostu nam się osłuchała, niektóre wypróbowaliśmy pewnie na własnej skórze przekonując sie, że działają tylko w teorii. Nie oznacza to jednak, że stoimy pod ścianą i zostaje nam jedynie wykonanie kroku wstecz. Paradoksalnie, w swoim zwrocie ku przeciętności, wciąż idziemy do przodu. Dlaczego?

photo-1446769357257-5aa1b1bfcd65_NN_BLOG

Coraz mniej uwagi poświęcamy efektom, coraz uważniej przyglądamy się temu, co je poprzedza ― nawet jeśli musimy w tym celu prześwietlić anatomię naszych porażek. Czy na pewno “więcej” w kwestii rozwoju znaczy lepiej? I czy każdy rozwój jest dobry? Stawianie pytań zatrzymuje nas w pół kroku i zmusza do refleksji, a ta jest przecież pierwszym krokiem do krytycznej analizy rzeczywistości. Dlaczego więc nie zacząć od przyłożenia oka do tego, co ewidentnie nam nie wychodzi?


Źródła:

Dwutygodnik
Change Maker
NaTemat
Newsweek
The Vita Lounge
Dziennik Łódzki
Ludology.org
Wiedza i edukacja